Kiedy czytałam pierwszy w życiu romans z wydawnictwa Harlequin, miałam jakieś 13 lat i powodowała mną ciekawość. Zupełnie nie pamiętam, co to był za tytuł i z jakiej serii, w mojej pamięci nie zachowało się także ani jedno słowo z treści.
Od tamtego czasu przeczytałam prawdopodobnie ponad tysiąc książek (licząc lekko - dwie na tydzień). Nic dziwnego, że większości z nich nie pamiętam. Ale do harlequinów raz na jakiś czas wracam i zauważam, że i one przeszły wiele w ciągu ostatnich lat ;)
Schemat pozostał ten sam, i nic dziwnego, jest on bowiem znakiem rozpoznawczym marki. Zawsze są to historie o miłości, zawsze dobrze się kończą i stawiają właściwe wartości na właściwych miejscach. Zmieniają się natomiast realia - i to także nie powinno dziwić, bo i czasy zauważalnie się zmieniły. Mentalnośc kobiet początku XXI wieku rózni się od tej, która dominowała w późnych latach osiemdziesiątych czy wczesnych dziewięćdziesiątych. Coraz więcej więc pojawia się opowieści o samodzielnych, twardo stapających po ziemi kobietach, które nie mają czasu na związek, dopóki w ich życiu znienacka nie pojawi się ON. Zastępują one dawne rozmarzone dziewczęta czekające na księcia z bajki.
Zmienia się też nieco otoczenie bohaterek - pisarki na szczęście nadążają za postępem i w nowych powieściach nie do pomyślenia jest, żeby bohaterka nie miała komputera czy telefonu komórkowego. Dzięki temu, że świat w książce jest tak podobny do tego za oknem, łatwiej nam, czytelniczkom, wczuć się w opowieść i przez chwilę poczuć się jak jej bohaterka.
Oczywiście zupełnie osobną sprawą są opowiadania z serii historycznej czy"Światowe życie" - one właśnie mają się różnić od naszej szarej codzienności :)
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz